Gościnnie: Dlaczego karty kredytowe w USA to przekleństwo Ameryki?

Dziś nowość! Post napisany przez Michała Ryttera, czytelnika Ja&On i obecnie mieszkańca San Diego w Kalifornii. Z Michałem jesteśmy ostatnio w częstym kontakcie i po tym, jak opublikował dość obszerny post na Facebooku na temat kart kredytowych, zaprosiłam go do napisania gościnnego posta na Ja&On. Być może wkrótce grono osób publikujących na blogu się powiększy, co sprawi, że będzie jeszcze więcej ciekawych informacji a blog przyjmie formę Ja&On i Przyjaciele. No więc zapraszam Was do zapoznania się z rewelacyjnym komentarzem Michała nt. kart kredytowych i kredytów w USA w ogóle, pod którym podpisujemy się obiema ręcyma.


 

wallet-credit-cards-cash-money-payment-shopping“Kilka refleksji o pewnym aspekcie życia za Wielką Wodą, którego chyba nigdy do końca nie pojmę. Szanowni Czytelnicy: karty kredytowe w USA.

Z uwagi na fakt, że bez lokalnej kredytówki ciężko w Kalifornii (i oczywiście w każdym innym stanie) cokolwiek załatwić czy nawet uśmiechnąć się do kelnera w knajpie, zacząłem szperać w dostępnych dla mnie kartach kredytowych. Polska karta kredytowa przydaje się sporadycznie ale przy obecnym kursie USD nie ma większego sensu. Zacznijmy od tego, że „shopping” za tym arcyistotnym kawałkiem plastiku przypomina szukanie najtańszego / najlepszego laptopa. Albo abonamentu komórkowego. Albo mega oferty na Allegro na kolejny gadżet, bez którego twoje życie nic a nic się nie zmieni. Myk jest taki, że żaden bank nie przyzna nawet najbardziej podstawowej
karty kredytowej, jeśli nie idą za nią pewne magiczne numerki przypięte do mojego nazwiska. Mityczne „credit score”. A bez karty kredytowej żadnych punkcików nie ma. I koło się zamyka.

Credit score jest tutaj wszystkim. Chcesz kupić samochód u dealera? Wyskakuj z credit score. Chcesz wziąć auto, jacht, motorynkę w leasing? Zerkamy na punkciki. Chcesz dostać lichwiarską pożyczkę, dostać iPhone’a z abonamentem, wynająć kontener do przechowywania gratów wszelakich? Show me your score. Dla systemu jesteś trzycyfrową liczbą. Owa liczba jest wykładnią Twojej wartości, tak zwaną creditworthiness – czy tego chcesz czy nie. To coś jak PESEL – liczba, która przez całe życie przypięta jest do nazwiska z tą różnicą, że zmienia się w ferworze mniej lub bardziej racjonalnych czynności finansowych. Każdy prawdziwy, patriotyczny (a jakże!) Amerykanin zaczyna budować tą liczbę za młodu, aby na stare lata zostać obłaskawionym umiarkowanie oprocentowaną hipoteką, „mortgagem” na wiele dekad za dom w Malibu czy Santa Barbara, który będą dumnie spłacać jego dzieci, a potem wnuki. A wszystko zaczyna się od pierwszej karty kredytowej. Ach, przepotężnego plastiku. Tak potężnego, że nawet samo złożenie aplikacji o kartę kredytową czy inną dowolną pożyczkę obniża credit score. Oj tak, należy być bardzo ostrożnym przy wkraczaniu w ten cyferkowy świat.

karty-kredytowe-w-usa

Karty kredytowe mają nazwy. Imiona. Kolorki. Słowa Visa czy MasterCard znajdują się przeciętnie na piątym czy szóstym miejscu pełnej nazwy karty. Banki prześcigają się w prezentacji „ficzerów” każdej karty, od cashbacków za różnoraki badziew w Wal-Marcie po zniżki na chińskie spa czy wynajem szrota w Alamo. Każdy sklep z ciuchami przy kupnie skarpetek wciska kartę kredytową do płacenia w tym konkretnym sklepie, naturalnie z niebotycznym oprocentowaniem. Karty mają swoje fora internetowe, gdzie setki studentów bez historii kredytowej (ludzi nieistniejących dla tego przedziwnego systemu) przekrzykują się, który bank daje, a który pokazuje drzwi. Na tych forach są też ludzie, którzy mają po 10-15 kart w swoich portfelach i radośnie dzielą się tą informacją w skrupulatnie sformatowanych sygnaturkach na profilach. Tak, ci ludzie wypisują wszystkie swoje karty, łącznie z limitami i na deserek podają swoje „credit score” z trzech głównych biur inwigila… monitorowania klientów amerykańskich banków. Wygląda to identycznie jak profile graczy komputerowych, którzy w ten sam sposób przechwalają się swoim statystykami z Call of Duty czy dowolnej gierki sieciowej. Masz wysokie numerki, masz karty z dumnie brzmiącymi słowami typu platinum, diamond czy lounge w nienaturalnie długich nazwach i to najlepiej z wiodących banków – jesteś gość przez duże G. Jesteś approved. Amerykanie chcą być approved! Ktoś na tego typu forum napisał, że kocha uczucie bycia approved. Że jest to dla niego pełnia satysfakcji. Może to jest to uczucie, które wypełniało Neo przy każdym wejściu do Matriksa? Jest to oficjalny symbol nobilitacji – szczególnie otrzymanie karty z wysokim limitem w luksusowym banku. Co najmniej… dziwne? Chore? Śmieszne? Niezupełnie – Wielki Brat bardzo lubi, gdy ludzie wierzą w system i fascynuje ich bycie trybikami w potężnej machinie. Believe in the system. – jak mówił agent Coulson z marvelowskiego serialu „Agents of S.H.I.E.L.D.”.

Z kolei gdy Amerykanin usłyszy o możliwości zrobienia za darmo natychmiastowego przelewu z konta na konto pomiędzy, o-zgrozo-matko-przenajświętsza, dwoma różnymi bankami w tak egzotycznym kraju jak Polska, zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie postradałem zmysłów. Gdy ja mówię, że na widok czeku Polak tylko uśmiecha się z politowaniem lub ostrożnie szturcha ten świstek papieru kijem, większość kont osobistych w Polsce kosztuje grosze albo nic a kartę kredytową można dostać w 15 minut bez opłat i to ze sporym limitem, reakcja jest podobna.

Jako człowiekowi z relatywnie młodą historią w tym pięknym acz kapitalistycznym kraju, jedyne co mi pozostaję by otrzymać ten, jak się okazało, niezbędny kawałek plastiku to… zapłacić za limit na karcie depozytem. Tak jest, jeśli właduję bankowi na konto $500, to łaskawie dostanę kartę z limitem $500. I to jest depozyt nietykalny, nie służy do spłacania transakcji na karcie. Depozyt może odzyskam po roku czy dwóch jak będę idealnym płatnikiem dla Wielkiego Brata. Ale już będę w systemie, będę w Matriksie, w którym jest ten sam kelner czy facet za ladą wypożyczalni samochodów, do którego tak trudno było się uśmiechnąć. Decyzja dla tymczasowego imigranta nie jest oczywista ale gdy najbliższe lata, dekady życia zamierzasz spędzić pod płaszczem stars and stripes, wyjście jest tylko jedno – połknąć czerwoną pigułkę i pójść za Morfeuszem – You take the red pill, you stay in the Wonderland, and I show you how deep the rabbit hole goes.”

Autor: Michał Rytter

Related Posts