Maskotka na do widzenia!

Z ostatniego pobytu mamy tyle wspomnień i materiałów, że na pewno jeszcze czasami będę pisać o przeszłości by przelać na “papier” cały ten bagaż doświadczeń i nareszcie zrobić użytek z terabajtów zapisanych materiałów. 3 tygodnie temu było nam dane znów powrócić na kalifornijski ląd i od teraz nareszcie zamierzam tworzyć posty z bieżących wydarzeń. W poście “kilka słów wstępu” można w dużym skrócie zapoznać się z chronologią naszych amerykańskich odwiedzin.

Nasz ostatni przelot do USA był totalnie zwariowany. O ile w samych samolotach było spokojnie i leniwie (czyt: ciasno i nudno) to lotniska tym razem postanowiły sprawić nam kilka niespodzianek! O jednej z nich dziś chcę, muszę koniecznie napisać! Pozostałe może pojawią się przy okazji.

No więc noc przed wylotem do USA była bardzo krótka. Pierwszy samolot o 6:00 rano, a ponieważ mieszkamy 5 min samochodem od lotniska, to na terminal planowaliśmy być w sam raz, by się przypadkiem za długo z rana nie naczekać, tj. o 5:00. Jeszcze w domu przed wyjściem stres, bo jednak walizka po dorzuceniu kosmetyczki (przecież tylko kilka niezbędnych kobiecych przyborów) i paru świeżo wyschniętych ubrań zbyt mocno przekraczała dopuszczalną wagę. W dodatku nie dopinała się. Trzeba coś wyjąć. Przekładanie, układanie, zapinanie, kanapki w dłoń bo bez śniadania. Wszystko zabrane? Taxówka czeka, wychodzimy. Kochana mama, która przyjechała do nas na nasz wylot macha na pożegnanie w drzwiach ze łzami w oczach. Przecież znowu czas szybko zleci i zaraz się zobaczymy!

Wchodzimy na terminal, zgodnie z planem o 5:00, ludzi pełno! Czy oni wszyscy nie śpią? Gdzie oni lecą o tej porze, szaleńcy… Po chwili naszym oczom ukazuje się wielki zielony stwór. Przecieram oczy, sprawdzam, czy przypadkiem to wciąż nie sen i wygląda na to, że to coś jest prawdziwe i chodzi sobie beztrosko po terminalu. Duża maskotka z walizeczką, wyglądająca jak zając spokrewniony z żabą. Zwraca uwagę wszystkich. Ok.. hm, różni ludzie chodzą po tym świecie, niektórzy może mają taką ochotę by przebrać się za stwora i chodzić po terminalu. A może to po prostu jakaś biedna postać, która leci z pracy do pracy i nawet jej nie zapłacili za jakiś nocleg i nie ma czasu się przebrać albo w co się przebrać. No śmiesznie śmiesznie, ale ok, nie nasza sprawa.

blog_o_ameryce_lotnisko_wylot_usa

Szukamy naszej kolejki do oddania bagaży. Jest. Ruszamy w jej stronę, a ten cały żabokrólik staje tuż przed nami. No szok, to będzie z nami leciał? Jak zwykle mamy jakieś jaja :) Uhmm… Oby tylko to nie był jakiś terrorysta.

Stoimy sobie stoimy, ok 10 minut, kolejka się lekko przesuwa, podchodzi Pani lotniskowa i pyta po kolei czy ktoś ma karty pokładowe. No przecież my mamy!
– To poproszę.
– Yyy, no były tuu… albo tu…
– hm, odprawialiśmy się przez internet, drukowaliśmy, jeszcze wczoraj były. W domu.

W tym czasie, gdy Kuba usilnie szukał wydruków, ów żabokrólik stojąc przede mną ochoczo macha sobie do podróżnych, odwraca się, macha do nas, do ludzi za nami. Okkk… Ma poczucie humoru o tej 5 rano. Za chwilę próbuje mnie zaczepiać, głaszcze mnie po ręce. Yyyy śmieszny jesteś, ale nie będę się z Tobą bawić, nie wiem o co Ci chodzi. Jednym okiem rzuciłam mu dziwne spojrzenie, a drugim go zignorowałam. Nie wiem jak to wyglądało z jego perspektywy, ale podziałało i odwrócił się z powrotem.

Okazuje się, że karty pokładowe jak były w domu, tak też tam zostały. Pani mimo to zaprasza nas do krótszej kolejki. Zbieramy tobołki by się za moment przenieść obok, ale uwagę moją znowu przyciąga królik, który obok nas rozwija jakiś wielki biały baner. Aha – czyli akcja reklamowa. No przecież!

Hmm, ale zaraz, na banerze widzę jakieś jasne literki a wśród nich znajomo brzmiący fioletowy napis “Sobońki”. Trzymając walizki w rękach szturcham Kubę łokciem i mówię: Patrz, znowu jakaś śmieszna nazwa nawiązująca do Soboniów – to jest naszych przyjaciół, których nazwisko wielokrotnie kojarzy się nam znazwami miejscowości, itd… I za chwilę… nie do wiary! Jak w zwolnionym tempie czytam na wyrywki kolejne wyrazy:

“Powodzenia”, “Pozdrawiamy”, “Trzymamy Kciuki” . O BOŻE, Jędrek?????????

No i taaak, właśnie w tamtej chwili okazało się, że ten szalony, zielony królik to nasz przyjaciel!!!!
Czekał już od 4:00, by mieć pewność, że będzie przed nami, więc przez godzinę szwędał się po terminalu pozdrawiając przechodniów. A na banerze były pozdrowienia i ślady rąk i stópek pozostałej załogi tj. Oli – jego żony i ich dwójki dzieci, Gabrysi i Zosi. No SZOK. Chociaż, w sumie.. znając ich.. przecież mogliśmy się tego spodziewać :)) Szaleńcy!

No dobra. Fajnie było, ale zabawom już koniec, musimy jeszcze oddać bagaże, i przez chwilę będziemy mogli razem posiedzieć i pogadać przed odlotem. Po odkryciu tajemniczej zagadki stanęliśmy szybko do tej krótszej kolejki bagażowej. Podchodzimy, Pani patrzy na mój aktualny i stary paszport z wizą i ZONK – nie zgadzają się nazwiska. Osz kurczę, na śmierć zapomniałam, że w międzyczasie odebrałam nowy paszport z nowym nazwiskiem i że pewnie wypadałoby mieć na to pewien dowód z urzędu stanu cywilnego. Ups. Staram się tłumaczyć, że przecież Pesel ten sam, chyba to jest najważniejsze. Pani jest zdezorientowana. Woła koordynatora. Super. W oka mgnieniu pojawia się wysoki blondyn, zerka na dokumenty i mówi:

– Nooo, potrzebny jest akt ślubu. Nie ma Pani?
– Nieee, mam przecież, tylko nie chciałam pokazać – cisnęło mi się na usta ale oczywiście trzeba być miłym i grzecznym i ponownie przyznaję, że nie mam, ale pokazuję, że Pesel jest ten sam.
– No to jest kłopot. Ja może i mógłbym Panią przepuścić, ale na kolejnych kontrolach będzie Pani miała problemy.
– Kurczę, ok, mamy tu kolegę ( :DDDDD ), mogę szybko pojechać do domu i to odebrać, obrócę w 20 minut. Ale przynajmniej nadajcie już moje bagaże. (Swoją drogą tylko czekałam kiedy to nasze mieszkanie niedaleko lotniska rzeczywiście uratuje mi tyłek :P. Bo na przykład jechaliście kiedyś na lotnisko 5 godzin z Suwałk do Warszawy bez paszportu?? Ja TAK!)

– Hmm, a nie może nikt Pani tego dokumentu dowieźć? Samolot odlatuje za 40 minut, nie zdąży Pani.
– W sumie to może, mama jest u nas, poczekacie???? :DDD – żartuję, tego ostatniego słowa oczywiście nie powiedziałam.
– Dobrze, to niech woła Pani mamę, i jak przywiezie dokument proszę go okazać bez kolejki i nadamy Pani bagaż.
– A to nie możecie nadać od razu już, żeby to nie przedłużało potem procedury?
– Jak dojedzie dokument to proszę go koleżance przedstawić
– powtarzał jak katarynka.

– Pana bagaż przekracza dopuszczalną normę o 5kg. Będzie dopłata – po chwili dodaje Pani od odprawy, która w międzyczasie zajmowała się przyjmowaniem bagażu Kuby.
– O nieee, to tylko 5 kg, nie może nam Pani tego darować?
– Niestety, nie ma takiej możliwości
– odpowiada rzucając wymowne spojrzenie na swojego zwierzchnika, którego przecież zawołaliśmy na własne życzenie.
– Ale ostatnim razem inna Pani nas przepuściła przy 5kg nadbagażu.
– O nie nie nie, tak nie powinno być i nie ma takiej możliwości
– odpowiedział stanowczo Pan kontroler i odszedł uznając, że wszystko zostało już omówione.

Prosiliśmy nadal Panią o ulgowe potraktowanie, ale powiedziała tylko oczywistą rzecz: “To był mój koordynator”.

– Czyli teraz już może nam Pani darować?:)
– Proszę przełożyć cokolwiek, z dużego bagażu do małego.
– Ok.

Ja w tym czasie szybko odeszłam, by o tej wciąż nieludzkiej porze (ok. 5:20) zadzwonić do mamy i poprosić o przywiezienie dokumentu. Mama oczywiście dostała niezłe wyzwanie, bo o ile na szczęście miała swój samochód, to Warszawy za bardzo nie zna i drogę na lotnisko zna lepiej z Suwałk niż z naszego mieszkania :) Udało się jednak wszystko w miarę spokojnie wytłumaczyć i za 15 minut była pod terminalem. Zatem zobaczyłyśmy się raz jeszcze przez okno samochodu, ekspresowo podziękowałam za niebywałą pomoc i odmachała mi na do widzenia. Jędrek w tym czasie zupełnie nie rezygnując ze swojego czarującego stroju pilnował nam bagaży, bo Jakub zdecydował się na szybką wizytę w pewnym pilnym miejscu. Mając certyfikat w ręku biegnę do stanowiska bagażowego, pokazuję pismo, Pani przyjmuje mój bagaż i mówi:

– Niech Państwo szybko biegną do kolejki do kontroli i powiedzą, że za chwilę startuje samolot do Amsterdamu żeby Państwa przepuścili.
– Ale ale… ok…

Podchodzę do Zielonego Zająca i pytam gdzie jest Kuba?
– Kuba, nooo, tamm, wiesz, zaraz wróci.

Więc zamiast biegnąć, nawet nie idę, tylko stoję. Czekam!
JEST! Bierzemy podręczne bagaże i biegniemy. Przepuszczają nas. Kontrola, rozpakowywanie, prześwietlenie, pakowanie, bilety, paszporty, telefon, laptopy, buty, kurtka, składamy niezdarnie do kupy i idziemy. Oczywiście bramka na samym końcu terminalu. Po paru krokach z głośników słyszymy nasze nazwiska. Wzywają nas :D O hit.

Ten bieg trwał całą wieczność, bo rzeczywiście bramka o ile dobrze pamiętam 40-ta któraś, więc parę ładnych setek metrów było do przemierzenia. Kuba wolniej za mną, ewidentnie wykończony. Na ramionach miał dwie torby ze sprzętem filmowym, więc dźwigał wiele kilo.

Dobiegam pierwsza do bramki, wieje pustką, wszyscy załadowani i słyszę, jak jedna Pani podchodzi do drugiej i mówi “Są na lotnisku, tylko czekają na certyfikat ślubu bo tam były jakieś problemy”.

– To my! – Mówię wyraźnie, acz resztką tchu. Kuba dobiega. Tzn doczłapuje.

Wpuszczają nas na szczęście bez słowa komentarza. W samolocie wszyscy dawno usadowieni rzucają nam dziwne spojrzenia. Tak tak, to my, wiemy, też przeklinamy innych gdy na nich czekamy. Sorki! – myślałam, próbując załagodzić złowrogie spojrzenia lekkim uśmiechem.

– Czy podać Panu wody? – Zapytała miła Pani stewardessa widząc blady wyraz twarzy Jakuba.
– Tak tak, doskonale, poproszę.

Miejsca mieliśmy oddzielnie, jedno za drugim, więc nie było warunków do przegadania wszystkiego i rozładowania emocji. Pozostało tylko usiąść, zapiąć pasy, wziąć głęboki oddech i po prostu odpocząć. Po chwili nawet zasnąć, by ten wspaniały i jakże potrzebny sen przerwało… uczucie mokrej koszulki, spodenek i majtek. Herbata mi się wylała. O FUCK!

Czy ja kiedyś wspominałam, że uwielbiamy podróże???

Aha, przy okazji – Nikt potem nie ani razu nie zapytał mnie o akt ślubu ;-)

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.